W Tibii siedzą dwa wilki, ale tylko jednego chcesz pogłaskać. Po 28 latach Tibia wciąż trzyma się mocno
Spis treści
W Tibii siedzą dwa wilki, ale tylko jednego chcesz pogłaskać
Tibia jest ciekawym przypadkiem gry, której twórcy trafnie odczytywali zmiany społeczne i potrafili dostosować mechaniki do tego, czego oczekują najbardziej oddani gracze. Bo nie zapominajmy, że to oni utrzymują całe to przedsięwzięcie. I choć każda zmiana spotyka się na oficjalnym forum z całą litanią pretensji i narzekań, wydaje się, że jest to narzekanie dla samej idei, bo koniec końców mijają lata, a sporo ludzi wciąż gra i – co najważniejsze – płaci.
Początkowo była to dość powolna rozgrywka, w której wraz ze znajomymi przemierzało się świat pełen magicznych istot i tajemnic. Świat czarujący niedopowiedzeniami i surowo karzący za każdy błąd. Pokonanie pierwszego smoka stanowiło prawdziwe wydarzenie, a z kilkoma znajomymi chodziło się w grupie na giant spidery czy później na hydry, walcząc z pojedynczymi potworami raz na kilka minut i czekając na ich respawn.
Gdzieś około 2005 roku traktowałem Tibię nieco jako przedłużenie Gadu-Gadu. Miałem tam sporo znajomych i gildię, a do gry logowałem się niemal od razu po powrocie ze szkoły. Tibia pełniła właściwie podobną funkcję jak obecnie Discord, choć oczywiście w dużo bardziej ograniczonej formie. Dzieliliśmy się tam historiami, rozmawialiśmy o głupotkach dnia codziennego, przeżywaliśmy dramy i wspólnie spędzaliśmy czas. W międzyczasie uprawiałem tzw. „mana sitting”, czyli po prostu stałem w centrum miasta, patrzyłem, jak regeneruje mi się mana, i robiłem runy UH (ang. ultimate healing), które następnie sprzedawałem silniejszym graczom. Miałem 40 poziom i życie było dobre.
Cholerna Cholerka, 10 poziom, Venore: Szłyśmy sobie takie bidulki, może koło 10 poziomu, wracałyśmy z expienia na jakichś trollach czy innych paszkwilach. I nagle zza krzaka wyskoczył jakiś typ z poziomem ZDECYDOWANIE wyższym. Taki typowy karczek, co to zaczepia słabszych, żeby się dowartościować. I zaczął nas tłuc; mnie się udało uciec, a postać koleżanki zabił. Więc miałam jedno zadanie: wbiec do miasta i pisać na czacie: „PK, PK, PK, PK, PK” [ang. Player Killer, gracz zabijający innych – przyp. red.].
Napisał do mnie jakiś typek, że gdzie, że jak i co mi zabrał, więc mu odpisałam, że mnie nic, ale koleżankę klepnął, ona się przewróciła i nie wstała. Zaprowadziłam go w to miejsce, koleżanka do tego czasu po odrodzeniu do nas dobiegła. Koleś zwołał ludzi ze swojej gildii i zrobili obławę na tego typa w całym lesie w pobliżu miasta. Znaleźli, zabili, oddali koleżance rzeczy. Dorzucili nam jakieś lepsze i przyjęli do swojej gildii, żeby mieć na nas oko, gdyby nam ktoś znów krzywdę chciał zrobić.
Z racji, że koleżanka miała większe luzy w domu co do kompa, to i częściej grała. Zaczęła coraz częściej rozmawiać ze swoim obrońcą, aż w końcu przyjechał do nas, do naszej mieściny. To musiało być jakoś pod koniec liceum, bo rok później już mieszkali razem.
W 2021 roku, gdy wróciłem po dłuższej przerwie do Tibii, najpierw zrobiłem mały research, oglądając streamy i czytając dyskusje w sieci. Zaopatrzyłem się w specjalną myszkę z 12 przyciskami funkcyjnymi (jest kilka do wyboru, mnie najlepiej w dłoni leżała Corsair Scimitar Elite), a na ekranie uruchomiłem szereg wbudowanych narzędzi analitycznych. Byłem gotowy na nowe czasy.
W miastach pod depo nikogo nie było, bo runy kupuje się w sklepach, a na znajomości po prostu nie ma czasu. Tu chodzi o zyski i „ostrą pegiolę” (ang. power gaming, PG, stąd spolszczona „pegiola”). Na globalnym czacie zobaczymy właściwie głównie powiadomienia o poszukiwaniu graczy do wyprawy na konkretnego bossa czy do wspólnego wbijania kolejnych poziomów.
Obecnie wielu gra samotnie lub nawiązuje czysto biznesowe relacje. Tibia stała się dla wielu nieco symulatorem Excela, gdzie głównym celem jest pogoń za zyskami i maksymalizacja zdobywanego doświadczenia. Zresztą niektórzy dosłownie prowadzą statystyki sesji w arkuszu kalkulacyjnym, śledząc każde odchylenia i nieprawidłowości. Wzrost o 3% to sukces, a healer z katarem, który wybija drużynę z rytmu i powoduje zarobki niższe o 7% to prawdziwa katastrofa. Wspomniane hydry czy smoki? Owszem, wciąż je odwiedzamy. Ale po to, by zabijać je tysiącami, robiąc „bestiarkę”, czyli coś w rodzaju tibijskiego Pokedexu, gdzie za pokonanie określonej liczby potworów (np. 1000) dostajemy punkty do kupowania charmów, czyli ulepszeń postaci.
Ta dzika pogoń za liczbami, procentami, zyskami i rekordami potrafi wciągnąć i uzależnić, jednak może też bardzo szybko prowadzić do wypalenia. Każde zalogowanie do gry musi być przemyślane i efektywne, każda minuta na expowisku powinna przybliżać do maksymalnej efektywności, a każda interakcja z innym człowiekiem być jak najbardziej dochodowa.
Laveria Yuya, 169 poziom, Thais: Tibia nie miała dla mnie wielkiego znaczenia, jednak dzięki niej poznałem ludzi, z którymi nie miałbym w normalnych warunkach styczności. Wpłynęła na mnie też pod względem edukacyjnym – rozwinęła moje zdolności językowe oraz wiedzę o technologii, która pomogła mi w późniejszej karierze jako software engineer. W czasach, gdy dostępność rozrywki była na niskim poziomie, Tibia oferowała bardzo wiele – wciągający świat z wieloma sekretami i niejasnościami, aspekt rywalizacji, eksploracji, a nawet złożoną społeczność.
Wokół Tibii pojawiało się mnóstwo fanowskiego contentu, z którego najbardziej wciągnęły mnie filmiki o jej historii i sekretach, w tym legendarny Spike Sword na Rookgaardzie, oraz OTS-y [nieoficjalne serwery, często z mocno zmodyfikowaną rozgrywką – przyp. red.]. Te drugie sprawiły, że zauważyłem, jak niewiele zmienia się oryginalna Tibia i jak wiele okazji marnuje. Podczas gdy OTS-y prześcigały się w nowych mechanikach i mapach, Tibia stała w miejscu, a obecnie żeruje jedynie na nostalgii i wysokopoziomowych graczach, zapominając o źródle swoich problemów z malejącą populacją użytkowników.
Odnoszę wrażenie, że obecnie bardzo trudno uciec od tego wyścigu i tej presji na wyniki, zwłaszcza gdy chcemy grać z innymi. Im wyższy poziom, tym bardziej się to staje widoczne – o ile pierwsze 100 leveli wciąż może być przyjemnie „oldskulowe”, jeśli wybierzemy odpowiednie miejscówki, o tyle wraz ze wzrostem grindu, rośnie „spocenie”, a maleje frajda, którą zapewniała Tibia sprzed lat.
Próg bólu jest tu pewnie indywidualny, ale gdzieś około 150 poziomu odczuwałem już potrzebę śledzenia wykresów, a około 300 właściwie głupio mi było nawet wykonać zrzut ekranu, jeśli wyniki sesji nie były zadowalające. Dopiero gdy zrobiłem sobie przerwę na kilka miesięcy i na nowo podszedłem do tematu, bez presji i po prostu dla zabawy, Tibia odzyskała trochę swojej magii sprzed lat.