Jak jest tak źle, to czemu nadal w to gram?. Po 28 latach Tibia wciąż trzyma się mocno
Spis treści
Jak jest tak źle, to czemu nadal w to gram?
Sporo tu marudzenia jak na grę, której aktualizacja ekscytuje mnie bardziej od nowego GTA. Paradoksalnie to chyba właśnie dlatego jest tak wciągająca – nie pomimo tych niedoskonałości, a dzięki nim. Jest surowa i pełna problemów niepokojąco podobnych do tych świata rzeczywistego. Nie prowadzi nas za rękę, nie pokazuje jedynej słusznej drogi i nie zakłada, że gracz musi mieć podane wszystko na talerzu. Jest skrajnie inna, co z jednej strony spycha ją do niszy, z drugiej jednak zapewnia doświadczenia zupełnie odmienne od współczesnych produkcji.
Przede wszystkim w Tibii potrafi wciągnąć ogromna swoboda kreowania własnej rozgrywki. Choć „meta” na najwyższych poziomach jest jedna i topowi gracze odwiedzają tylko określone miejscówki i maksymalizują zyski, przeciętny użytkownik może wybierać spośród dziesiątek miejsc do zdobywania doświadczenia. I mimo że obecnie mało tu interakcji w rodzaju ślubów, imprez czy partyjek szachów ze znajomymi, wciąż możemy sami zdecydować, na czym się skupić i mieć zajęcie na tysiące godzin.
Surowość mechaniki także odgrywa ważną rolę i może stanowić źródło sporej satysfakcji. Nie ma tu nawet znaczników na mapie, a quest log najczęściej nie mówi wszystkiego. Musimy sami znaleźć informacje i wywalczyć sobie miejsce w tym świecie. A czasem wraz ze znajomymi rozgryźć wspólnie mechanikę i razem testować sposoby na szybsze zarabianie czy zdobywanie doświadczenia.
Pozyskiwanie cennych przedmiotów potrafi wciągnąć. Podobnie jak w klasycznych gachach czy za sprawą lootboxów, tak i tutaj każde wyjście na bossa bądź zwykłe wbijanie doświadczenia poprzez zabijanie setek potworków może wywołać dreszczyk emocji. Najcenniejsze przedmioty wypadają bardzo rzadko, jednak przy odpowiedniej skali jest to właściwie kwestia czasu. Przynajmniej w teorii, bo bywa, że przyjdzie nam czekać na daną rzecz nawet kilka miesięcy czy... lat.
Wbijanie poziomów to jednak codzienna rutyna, w której nie liczą się przedmioty za miliony, tylko proste, przyziemne zabijanie tysięcy przeciwników. Często z nadzieją, że będziemy mieli szczęście i nieco szczodrzej sypną cennymi rzeczami, dzięki czemu zamkniemy dniówkę z lepszym wynikiem. Ten codzienny grind potrafi być jednak przyjemny, co nie jest zresztą niczym wyjątkowym. Dokładnie tak działają wszelkiego rodzaju „daily” czyli codzienne zadania w sieciowych strzelankach czy grach typu „gacha”. Czasem potrzebujemy w życiu czegoś stałego, znanego i regularnego. Takiej strefy komfortu, w której odpoczniemy bo ciężkim dniu. Tibia może się wydawać ostatnim tytułem do tej roli, ale gdy znamy jej świat i mechaniki od kilkunastu lat, czujemy się tu jak w domu.
I to właśnie ta długowieczność gry, a także idąca z nią w parze nostalgia stanowią jej główne zalety. W świecie pełnym zmian i premier wielkich tytułów, które równie szybko popadają w zapomnienie, gra istniejąca od blisko trzech dekad może być oazą niezmienności. Tym jednym punktem w growym życiu, który po prostu jest i wita nas podobną grafiką i znanymi mechanikami. Możemy też znów poczuć się młodsi, odwiedzić znane miejsca czy zdobyć legendarne przedmioty, które dawniej były niemal mityczne, a dziś wystarczy mieć trochę szczęścia lub sporo pieniędzy.
To wszystko sprawia, że Tibia od lat kusi tysiące graczy i nawet jeśli niekiedy robią sobie przerwę, po pewnym czasie chętnie do niej wracają. Ta odmienność, staromodność, a czasem wręcz nieociosanie mechaniczne stanowią przeciwwagę dla wielu obecnych trendów w branży gier. Podobnie zresztą jak w Stardew Valley, które kusi prostotą grafiki i różnorodnością rozgrywki.
Jest 2025 rok, a ja znów jestem... Nie no, młody nie. Ale szczęśliwy
Tibia wydaje się obecnie znajdować w mocno nietypowej, ale całkiem komfortowej sytuacji. Ogry są jak cebula, a Tibia jest jak Maryla Rodowicz. Ma już swoje lata, niektórzy się z niej śmieją, ale jak przychodzi co do czego, ludzie spędzają z nią cały wieczór i nieźle się bawią. I choć nic nie trwa wiecznie, to „w sumie nie jest źle”, jak to zresztą śpiewa wspomniana piosenkarka w przeboju z 2017 roku.
Jak długo jednak Tibia będzie jeszcze działać? Sieciowy charakter gry i konieczność utrzymywania serwerów powodują, że bez odpowiednio dużej liczby aktywnych graczy całość zacznie się sypać. Raczej nie nastąpi to jednak z dnia na dzień, a takie posunięcia jak wprowadzenie nowej klasy mogą wydłużyć grze życie. Trzy dekady wydają się niemal pewne, a może uda się zaatakować i czwartą?
Teraz jednak nie pora na tak dalekosiężne wizje. Odliczam czas do lata, kiedy to pojawi się nowa klasa, planuję ścieżkę rozwoju mojego mnicha, zastanawiam się nad najlepszymi miejscówkami i regularnie gram, żeby być w formie na nadchodzący update. I gdzieś w środku cieszę się niemal tak samo jak wtedy, gdy po szkole szedłem do kawiarenki internetowej i logowałem się do gry, żeby odkrywać kolejne tajemnice tibijskiego świata. Takiej radości i ekscytacji nie jest w stanie zaoferować mi żaden nowy tytuł – niezależnie od tego, ile setek milionów kosztowało jego stworzenie.