autor: eJay & fsm
Bogowie ulicy – recenzja. FILMag #13 – Django od Tarantino oraz Ralph Demolka dla miłośników gier
Spis treści
Bogowie ulicy – recenzja
Zdaniem fsma
Świetny przykład nowoczesnego, realistycznego, męskiego kina o przyjaźni. Oto dwóch normalnych, „ludzkich” gliniarzy, w których oddanie sprawie wierzymy, którym kibicujemy, których jesteśmy w stanie polubić (i którzy na pewno lubią siebie) patroluje niebezpieczne dzielnice LA. Raz jest lekko, raz trudniej. Raz jest czas na wygłupy, innym razem trzeba stawić czoła potwornym zbrodniom. Bogów ulicy ogląda się świetnie, mimo przeszkadzającej na początku telepiącej się kamery z łapy i chaotycznego montażu. Potem strona wizualna nabiera odpowiedniej płynności i prowadzi widza do mocnego finału kontrapunktowanego świetną scenką (mnie, w przeciwieństwie od eJaya, końcówka się podobała, mimo delikatnych elementów amerykańskiego patosu). Wierzę, że tak właśnie może wyglądać życie przeciętnego gliniarza w Kalifornii. Ogółem bardzo dobra robota!
Moja ocena: 8/10
Zdaniem eJaya
David Ayer wraca ponownie na ulice Los Angeles ze swoim nowym, trochę paradokumentalnym materiałem przesiąkniętym policyjnym klimatem. Bogowie ulicy to efekt kilkuletniej obserwacji pracy funkcjonariuszy, ale również różnic kulturowych oraz rozprzestrzeniającej się przestępczości wśród mieszkańców pochodzenia latynoskiego. Film można podzielić na dwie części – w pierwszej dominują przebitki z codziennych patroli, pokazujące ludzkie dramaty (motyw ze zgubionym dzieckiem doszczętnie mnie zniszczył), w drugiej zaś wkracza ładunek dramatyczny z życia stróżów prawa, który spaja fabułę w spójną całość. Duet Gyllenhall-Pena wypada niezwykle naturalnie, co jest wynikiem wielomiesięcznych szkoleń. Procedury, zachowania, umiejętności w posługiwaniu się bronią – wszystko to prezentuje się perfekcyjnie. Bogowie ulicy mają jednak dwie wady, który obniżają moją ocenę. Youtube’owa maniera filmowania z czego się tylko da (nawet z perspektywy strzelby) wywołuje stylistyczny chaos. Nie spodobało mi się także zakończenie, które mogłoby wgnieść mnie w fotel, gdyby tylko Ayer nie musiał pójść na pewnego rodzaju kompromis. Ale sumarycznie jest to dzieło naprawdę udane i wykonane z pasją.
Moja ocena: 7/10