autor: Norman Lenda
Finał trzeciego sezonu League of Legends - relacja z imprezy
Wybraliśmy się do Los Angeles, by być świadkiem wielkiego zwycięstwa drużyny SK Telecom T1 w finale trzeciego sezonu League of Legends.
Finał trzeciego sezonu League of Legends wzbudził wiele sprzecznych odczuć. Z jednej strony mieliśmy do czynienia z ogromną e-sportową imprezą, realizacją godną największych przedsięwzięć, z milionami widzów na całym świecie. Z drugiej zaś emocje, jakich dostarczyła rywalizacja między zespołami SK Telecom T1 a Royal Club, były nieproporcjonalnie znikome do formatu całości. Przegrana Fnatic w półfinałach mistrzostw mocno zredukowała ekscytację zachodnich fanów gry. Azjatycki finał, mimo że nie oferował patriotycznego poczucia kibicowania zespołowi z naszego kontynentu, pozostawał jednak szansą na pokaz umiejętności zawodników i wspaniałe widowisko. Niestety, tak się nie stało – koreańskie SK Telecom T1 z łatwością pokonało chiński Royal Club 3:0, zostając w ten sposób mistrzami.

Nie sposób jednak odmówić firmie Riot Games pełnego profesjonalizmu i rozmachu w samym procesie przygotowawczym imprezy. Widać, że studiu zależy na wizerunku, która chce podnieść rangę e-sportu do wydarzenia na skalę dużych widowisk sportowych i kulturalnych. O tym też wspominali szefowie Riotu podczas konferencji prasowej, która odbyła się dzień przed wielkim finałem. Dowiedzieliśmy się, jak wielkim sukcesem okazało się wprowadzenie LCS – regularnej ligi League of Legends, której rozgrywki mogliśmy obserwować każdego tygodnia w sezonie. Według statystyk oglądalność LCS z tygodnia na tydzień rosła, ostatecznie znacznie zwielokrotniając początkowe wyniki. Zostaliśmy też poinformowani o coraz większym udziale tradycyjnych sponsorów we wspieraniu drużyn i samego zjawiska, jakim jest ten tytuł. Przedstawiono najnowszego partnera Riotu, którym została The Coca-Cola Company. Co to dokładnie oznacza? Na ten temat Amerykanie jeszcze milczą – co najpewniej spowodowane jest faktem, iż rozmowy między podmiotami wciąż trwają. Na pytanie, co kalifornijska firma planuje w kolejnym sezonie League of Legends, odpowiedzią było stwierdzenie, że rozpocznie się on w styczniu i będzie kontynuować tradycje poprzedniego. Innymi słowy – nic nowego.

Po konferencji prasowej dziennikarze zostali zaproszeni do klubu, gdzie między meczami mogli porozmawiać z pracownikami Riotu. Całość wydarzenia sprawiała wrażenie próby wdrożenia w tematykę e-sportu redakcji niekoniecznie zajmujących się nim na co dzień. Dużym zaskoczeniem było również to, jak bardzo twórcy LoL-a podzielili przedstawicieli prasy amerykańsko-europejskiej i azjatyckiej. W trakcie imprezy czuć było ogromny dystans między tymi grupami.

Jeszcze długo przed osiemnastą pod Staples Center, w którym miał miejsce tegoroczny finał, zbierały się tłumy ludzi. Nie sposób nie wspomnieć o ogromnej rzeszy cosplayerów, którzy występowali w strojach postaci z League of Legends. Wpuszczanie widzów do środka odbywało się jednak w lepszej atmosferze niż w Katowicach podczas Intel Extreme Masters. Nikt nikogo nie zgniatał, ludzie zachowywali się z godnością i klasą, której czasem, niestety, brakowało w naszym Spodku. Riot zapunktował, oferując swoim fanom wiele darmowych gadżetów – największą furorę robiły duże statuetki Ezreala – rozdawane każdemu posiadaczowi biletu na finałowy mecz. Scena prezentowała się niesamowicie – czuć było nastrój wielkiego święta graczy. Wśród masy fanów noszących czapki Rammusa i Teemo spotkać można było wiele gwiazd League of Legends – był tutaj Ocelote (jak zawsze otoczony wianuszkiem dziewcząt), xPeke z mamą, Snoopeh i cała masa innych zawodników. Trzeba również podkreślić, że azjatyckość finału bardzo zadziałała na skład publiczności, gdyż odnosiło się wrażenie, iż dominującą grupę stanowią mieszkańcy tego kontynentu.