autor: Daniel Sodkiewicz
Call of Juarez - test przed premierą - Strona 3
Nad grami o Dzikim Zachodzie wisi klątwa. Co ukaże się program o takowej tematyce, trafia do „panteonu” programów beznadziejnych. Czy ludzie z Techlandu za sprawą Call of Juarez będą w stanie zmienić ten stan rzeczy?
Przeczytaj recenzję Call of Juarez - recenzja gry na PC
Gdybym kilka lat temu wspomniał, iż z niecierpliwością czekam na grę komputerową polskiej produkcji, zostałbym publicznie wyśmiany. Gdybym wspomniał, że w ową grę będą grać tysiące ludzi, zostałbym okrzyknięty głupcem. Gdyby przez cenzurę udało mi się przemycić stwierdzenie, jakoby produkt ten miał zdobyć uznanie na arenie światowej i konkurować z programami zagranicznych producentów – nikt by się nie szczypał i zapewne doszłoby do linczu.
Czasy się jednak zmieniły. Zegary procesorów przekraczają kolejne bariery gigaherców, pojawiły się DVD, Windows XP, H5N1, myszki optyczne. Świat poszedł do przodu. Zmieniły się także realia polskiej sceny developerskiej. Choć nie możemy jeszcze poszczycić się potęgami pokroju Valve, id Software czy EA, rodzimy Techland i CD Projekt Red Studio pozwalają nam patrzeć w przyszłość z nadzieją. O ile Crime Cities, Chrome i Xpand Rally pokazały światu, że Polak gry pisać potrafi, tak premiery Wiedźmina i Call of Juarez zapowiadają prawdziwy przełom w postrzeganiu polskich gamemaker’ów.
Oszukać przeznaczenie
Nad grami o Dzikim Zachodzie wisi klątwa. Co ukaże się program o takowej tematyce, trafia do „panteonu” programów beznadziejnych. Czy ludzie z Techlandu za sprawą Call of Juarez będą w stanie zmienić ten stan rzeczy? Patrząc na ich dotychczasowe dokonania, z pewnością mają na to spore szanse. Ich nowy program tworzony jest na mocno zmodyfikowanym silniku, jaki posłużył do stworzenia gier Chrome i Xpand Rally. Pierwsza z wymienionych produkcji to bardzo przyzwoita gra akcji, XR zaś to wyśmienita gra samochodowa. Historia zatacza koło, dzięki Call of Juarez odmłodzoną wersję Chrome Engine ponownie zobaczymy w innowacyjnym FPS-ie.
Kowboje i dzikusy
Nim przejdę do opisu doznań, jakie zapewniła mi grywalna wersja CoJ, warto napisać kilka (dosłownie) słów o jej fabule. Program zaoferuje nam standardowy schemat made in Dziki Zachód. Rewolwerowiec Billy, ucieka przed pastorem o imieniu Ray, który wierzy, iż Bóg chce za jego pośrednictwem oczyścić świat ze wszelkiego zła. Banalna historia, nieprawdaż? W rzeczywistości fabuła jest trochę bardziej rozbudowana, Ray i Billy są bowiem spokrewnieni, w grę wchodzi też niesłuszne oskarżenie o morderstwo. Zajmijmy się jednak atrakcyjnością produktu, wszakże to grywalny western a nie telenowela.
Warto jedynie dodać, iż podczas rozgrywki będziemy wcielać się na przemian w obie wymienione postacie. Dzięki takiemu sposobowi narracji, poznamy historię widzianą oczami „zwierzyny” i „myśliwego”. Każda z postaci nich preferować będzie odmienny styl: Billy działa w ukryciu, Ray to miłośnik pojedynków oko w oko.
Run Ray, run!
Udostępniona mi wersja beta pozwoliła poznać obu panów. Rzeczywiście, rozgrywka każdym z nich dostarcza diametralnie odmiennych przeżyć. Epizod z Ray’em w roli głównej to krwawa rzeź w niewielkim miasteczku, czyli pojedynki z hordami rewolwerowców. Pastorzy na Dzikim Zachodzie nie byli chyba lubianymi obywatelami. W tym przypadku trudno się temu dziwić, Ray to typowy twardziel, który nie wyjdzie z salonu bez wypicia whisky i wszczęcia większej bijatyki. Walki jest sporo, ważnym aspektem gry będzie więc „model strzelania”. W CoJ element ten jest połączeniem typowego dla gier FPS celowniczka z kilkoma innowacyjnymi trybami.